i odyseja wciąż trwa, trwać będzie. >> piątek, 14 listopada 2008 17:42:35
Widzę w Twej dłoni przyszłość krzyża i korony cierniowej.
Oraz z tym wszystkim - prawdziwą, wieczną miłość.
Zazwyczaj wielkie momenty z ledwością zauważamy nawet wtedy, kiedy akurat się dzieją. Trwają za naszymi plecami albo tuż przed naszymi twarzami, lecz jesteśmy zbyt ślepi, by je dostrzec, by złapać szansę, by dokonać wielkich, ważnych wyborów. Z tymi nielicznymi wyjątkami.. Ach, tymi niezwykle nielicznymi wyjątkami, kiedy – cóż, spada łaska oświecenia, że to jest „to”?
(powyżej - parafraza cytatu z BtVS.)
"To cross the street. To follow her. And she will give your life meaning, she will save you. Yes, yes-to cross."
Ależ jestem niewyobrażalnie zafascynowana. Boże, boże. To jest piękne.
Od jutra festiwal filmów radzieckich i rosyjskich SPUTNIK.. właściwie - od dzisiaj, lecz od jutra dopiero będę uczestniczyć. Muszę przyznać, że pojawiło się we mnie, w ciągu ostatniego miesiąca, nowe uczucie. Mianowicie - ciekawość kultury rosyjskiej. Jakkolwiek ten festiwal pomoże mi ją nieco lepiej zrozumieć, jestem z tego powodu bardzo podekscytowana. Ja, która jeszcze do niedawna nie znosiłam języka rosyjskiego, Rosji ogółem. Za co? Tego wytłumaczyć w stanie nie jestem. Najprawdopodobniej z niczego. Taka to była chyba bezpodstawna głupota dojrzewającego umysłu. Mam zamiar to naprawić, napełniając się wizjami świata Rosji z różnych perspektyw.. (to brzmi aż krwiożerczo. wcale krwiożercze przecież nie jest!)
Hah, albowiem książki to jednak potrafią oddziaływać na światopogląd, oj, potrafią niezmiernie skutecznie. W moim przypadku, w przypadku sagi "Jeźdźca Miedzianego", który sprawił, że czuję się w sobie alternatywny świat przebyty wraz z poznawaniem dalszych losów dwójki głównych bohaterów trzech tomów genialnej pani Paulliny Simons; wyszłam na tym więcej niż bardzo dobrze. Kocham to całym sercem.
Courage, Tatiana.
Courage, Alexander.
[od Ciebie] i [od innych 1]
yes, yes - to cross the street. >> środa, 15 października 2008 16:51:45
nawet.. nawet nie bardzo wiem, jak powinnam zacząć. dlatego powstaje te oto koślawe zdanie. mademoiselle timide czyta od kilku dni pewną.. tak, tak - niesamowitą sagę w trzech tomach. słowo trylogia jakoś nie przechodzi mi przez gardło.
płaczę. litery przepływają przez umysł, zatykają, zawstydzają prawie, również rozbawiają, a na końcu sprawiają, że czuję się taka mało istotna. zawsze drzemało we mnie to niewytłumaczalne zamiłowanie do historii. do wojen, do światowych w szczególności. tyle tajemnic zdaje się za nimi kryć, tyle bólu, cierpienia, nieobecnych spojrzeń, pozostawionych blizn. na parszywą pamiątkę.
nie mogę, naprawdę nie potrafię, się opanować. to takie cholernie smutne. nie zdołałabym znaleźć dostojniejszych wyrazów. to mnie wpędza w otchłań, ciemną, głęboką, w kociół tego całego misz maszu. czytam, czytam aż do bólu. it is fucking perfect!
dziękuję, taak, dziękuję pani Simons na te wszystkie łzy, które już tak licznie wylałam nad jej dziełem, za te wszystkie, które jeszcze spłyną po jej słowach. nie wyobrażam sobie takiej miłości, którą potrafiła tak fenomenalnie opisać. nawet marzyć o czymś takim się nie da. to jest zbyt piękne, zbyt wieczne, jednocześnie opłacone wyboistą drogą.
Och, Szura.
speechless.
[od Ciebie] i [od innych 0]
it was a long time ago and it was eternal. >> piątek, 29 sierpnia 2008 17:42:16
prawie mnie tu już nie ma ostatnio. kiedyś, gdy ktoś rezygnował z bloga, a ja akurat przeżywałam "dodawanie notek co tydzień", myślałam sobie: "o mój boże, to takie niezręczne i dziwne. jak można porzucić bloga?!". teraz uśmiecham się z niedowierzaniem, bowiem ledwo pamiętam swoje hasło dostępowe. cóż.. można rzec - prawie wszystkie "obsesje nastoletniego życia" odchodzą gdzieś w niepamięć. powoli, po cichu, że nawet nie zauważamy, albowiem pochłania nas nowa.
huhu. jakiś czas temu postanowiłam być bardziej międzynarodowa, a krokiem w tym kierunku okazało się niejako założenie livejournala. toteż tam jestem właściwie codziennie. nie żebym dodawała posty co tydzień, bo nadal mam ten dziwaczny kompleks "dopucować notkę, aż błyszczeć się będzie za bardzo". acz, tak czy inaczej z tamtym dziennikiem jestem bardziej związana. przynależę do fanshipów, communities, a tu jakoś nie znajduję tego na takim poziomie. poza tym.. cała kopalnia ikonek przyciąga jak magnes ;>.
chciałam coś dodać, coś od siebie, aby nie wyszła z tego notka z serii "przepraszam, więcej nie będę". może nie będą to moje słowa, ale w każdym razie jest to kawałek scenariusza do jednej z najlepszych scen z BtVS. jest piękna. płaczę na niej za każdym razem. fenomen, ot co.
---
SPIKE
"It's what you wanted, right?" (looking at the ceiling) "It's what you wanted, right?" (presses his fingers to his temples, looks down, and walks toward the altar) "And, and now everybody's in here, talking. Everything I did... Everyone I... And him... And it... The other, the thing beneath, beneath you. It's here too. Everybody. They all just tell me go... Go...to hell
BUFFY
"Why? Why would you do that?"
SPIKE
"Buffy, shame on you. Why does a man do what he mustn't? For her. To be hers. To be the kind of man who would nev..." (looks away) "To be a kind of man." (walks toward the 6-foot-tall crucifix altarpiece at the front of the chapel. Sounds like he's quoting something) "And she shall look on him with forgiveness, and everybody will forgive and love. He will be loved."
(A close-up of Buffy's face shows that she is crying now. From where she stands, Spike's exhausted body hanging limply on the cross resembles Jesus).
"So everything's OK, right?" (embraces the crucifix, resting one arm over each side of the cross bar, and resting his head in the corner of the vertex. His body is sizzling and smoke is rising from where it touches the cross) "Can, can we rest now? Buffy... Can we rest?"
---
bloody brilliant, as spike would say (;
TU owa scena jest na 1 miejscu.
ale i tak pewnie nie macie bladego pojęcia, co?
piosenki powyżej - aż trzy, bo nie mogłam się zdecydować - są takie.. bardzo w nastroju BtVS i ATS. w nastroju tej sceny również. Joss jest geniuszem, który "zamordował miłość" ;>.
[od Ciebie] i [od innych 3]
y viva, viva! >> poniedziałek, 21 lipica 2008 02:19:38
(notka powstaje, notka!)
ma być krótko i zwięźle.
opuszczam się w blogowym 'dziennikarzeniu', dwie strzałki na klawiaturze odeszły śmiercią bolesną oraz tragiczną, a w ogóle to Liverpool zagrał przedwczoraj paskudnie nudny mecz z polską Wisłą Kraków. feee, a tak w ogóle, to polski football w ogóle nie ma klasy.
roberto benigni to świetny gość. jeżeli ktokolwiek oglądał "życie jest piękne", to doskonale rozumie powagę tych słów. dosłownie fenomenalne dzieło wspaniałego aktora, jak również reżysera. przezabawny i tragicznie smutny zarazem. aaach, po prostu doznanie równe zwycięstwie mi querida España..
dobra, ich zwycięstwo było większym doznaniem ;p. Y Viva, Viva España! aż powiesiłam sobie w pokoju olbrzymią hiszpańską flagę. dosłownie szaleństwo i paranoja w oczach.. hmm, zdecydowanej większości mych znajomych ;].
czym ja się jeszcze ostatnio zajmuję.. poza kolekcjonowaniem wycinków z gazet o drużynie hiszpańskiej (i poszczególnych graczach ;p). to będzie oglądaniem Prison Break i amerykańskiego So You Think You Can Dance.
both are just tremendous, with no doubt.
te wakacje są super... tylko mój słownik coś kuleje, ups!
[od Ciebie] i [od innych 2]
hey, folks! >> poniedziałek, 21 kwietnia 2008 22:50:49
kłaniam się nisko z proszącym wyrazem twarzy, wam wszystkim, moi drodzy, którzy to nielicznie, acz! - to trzeba zaznaczyć - systematycznie, odwiedzacie owe skromne, różowo-fioletowe progi ;]. długo mnie tu nie było... nagle poczułam potrzebę zajrzenia tutaj.
zatem. około dwóch, lub trzech, bowiem nie pamiętam dokładnie, tygodni temu, otrzymałam od mej koleżanki niemałą ilość płyt z napisem "Queer As Folk"; jako, że miało to być moim kolejnym etapem w edukacji serialowej, jak również wspięciem się na kolejny stopień edukacji nieco innej, mianowicie: przełamać tak zwany temat tabu.
ni mniej, ni więcej, obejrzałam pierwsze dwa odcinki z co najmniej pytającym wyrazem twarzy z początku. potem.. następnie, co wystąpiło, sama nawet nie do końca zdaję sobie sprawę. wtopiłam się w to niczym w genialnie napisaną powieść. być może dlatego, że to fenomenalnie stworzony serial, który pokazuje dosłownie każdy chyba aspekt życia osób o orientacji homoseksualnej, odpowiada na pytania, każe się śmiać, każe płakać, współczuć, rozumieć, rozwiązuje każdy problem.
... można sobie wyobrazić, jak się czuje osoba skora do popadania w euforię oraz sentymenty po otrzymaniu takiej dawki.. tolerancji i nie ocenzurowanej rzeczywistości! co ja osobiście uważam za jedną z najważniejszych cech, które warto mieć w życiu. jedną z najważniejszych z pewnością, której.. co straszne i przygnębiające, niektórzy nie potrafią z siebie wydobyć. nie wiedzieć właściwie, z jakiego powodu.
mniejsza z tym.
and the thumpa thumpa continues. it always will. no matter what happens, no matter who's president. as our lady of disco, the lady divine gaylor has always sung: "we will survive".
bardzo lubię to zakończenie. bardzo.
a "queer as folk". cóż, chyba bez zastrzeżeń mogę rzec: J'adore.
[od Ciebie] i [od innych 6]
desperacko pragnąc zemsty. >> sobota, 23 lutego 2008 22:07:18
W pewnej powszechnie czytanej księdze napisano, że wszyscy jesteśmy grzesznikami. Oczywiście nie wszyscy czują wyrzuty sumienia, postępując źle. Są jednak i tacy, którzy biorą na siebie nie tylko swoją część winy. Inni natomiast koją swe sumienie najprostszymi z dobrych uczynków. Lub wmawiając sobie, że ich grzech był usprawiedliwiony. Wreszcie są i tacy, którzy zwyczajnie obiecują poprawę... i modlą się o wybaczenie. Czasami ich modlitwy zostają wysłuchane.
okazuje się, że zaczynam cytować to, co oglądam.
okazuje się również, iż zapełniam własne ściany fotografiami odtwórców ról. w tym momencie trudno nawet użyć słowa aktor, bo przecież wyjdę na niepoważną. zresztą zawsze chodzi o postać, którą gra; o osobowość, którą kreuje, której można współczuć i o której można myśleć, gdy nie chce się myśleć o sobie. dzieje się tak dlatego, że nie mam własnego życia. zatykam dziury tym, co uda mi się dostrzec, tym, co łatwe do przyswojenia, bo całkowicie wymyślone przez ludzi, którzy owym wymyślaniem właśnie się trudnią. urocze są te historyjki. można się nimi fascynować i oczekiwać, kiedy wymarzona para będzie miała romans. można również przeżywać wypadki samochodowe oraz inne tragedie, bo przecież nie bierze się żadnej faktycznej odpowiedzialności za to, co dzieje się na płycie. można pozostać obserwatorem, bo niczego innego od widza nie wymagają.
to co? może powiesić kolejne zdjęcie lub plakat?
ależ zapierający dech w piersiach wizerunek sobie stworzyłam. nieprawdaż? lubię koloryzować, wtedy jest bardziej interesująco ;]. poza tym; nawet jeżeli zawiera się w tym nieco prawdy o moim aktualnym samopoczuciu, to cóż z tego, skoro uprzejmie prosząc, z miłym uśmiechem, o kroplę zainteresowania, wiele razy, otrzymuje się etykietkę z napisem: panno upierdliwa. w tej chwili nie mogę poświęcić Ci pięciu minut mojego słodkiego żywota. nie denerwuj się. zajmę się tobą później.
czy to nie słodkie?
uwielbiam się mścić.
ha.!
serial - darmowy sposób na przeżycie życia. satysfakcja konsumenta w pełni gwarantowana.
[od Ciebie] i [od innych 9]
świstak przemówił. >> niedziela, 3 lutego 2008 21:46:01
zaczytywanie się w nudnych książkach pozbawionych trzymającej w napięciu akcji uchodzi najprawdopodobniej za przejaw bycia nudnym samemu. powszechne przekonanie mówi bowiem, iż poświęcanie całych, długich stronic opisom rękawiczek z muślinu oraz kapeluszy ówczesnej mody, to zdecydowanie najbardziej obiecujący przepis na powieść płytką, nudną oraz co najmniej nieszczególną. słowo daję, tak twierdzi znakomita większość ludzi, których znam.
tak się składa, iż uwielbiam język, którym tak mistrzowsko operuje pani jane austen. jej książki to długie farmazony, prawie tak zawiłe, jakie mi samej zdarza się pisać; ponadto sprawia wrażenie, jak gdyby kpiła sobie ze wszystkich swoich bohaterów. dystans do postaci, które uformowało się własnymi słowami, własnym wysiłkiem pióra ożywiło. czuję się wyobcowana ze swoim uwielbieniem. słusznie? w jej przypadku było to zapewne przerysowywaniem cech ludzi, których sama poznała. zresztą nic dziwnego. takie zabiegi stosowała i stosuje większość pisarzy. ponoć pan darcy powstał na podstawie jej własnego ideału mężczyzny. na szczęście, poszukiwanie szczęścia oraz stabilizacji w wykonaniu lizzy, przebiegło nieco mniej urazowo niż przeżyła to sama autorka doskonałej - mym skromnym zdaniem - 'dumy i uprzedzenia'.
postacie odnoszą się do siebie z ujmującą galanterią, kłaniają się, dygają, stroją, uczęszczają na bale i spotykają na podwieczorkach. relacje młodych dziewcząt z równie młodymi lub zaledwie odrobinę starszymi panami to prawdziwie kunsztowna perła. prowadzą rozmowy, dyskutują, poznają się, zwracają się do siebie zawsze grzecznie, wyrafinowanie, używając zwrotów per pani lub per pan. cały ten świat, zbudowany na podobnych do siebie filarach, wymaga od człowieka chęci do aktywnego uczestniczenia w nim. tam trzeba się starać, bo pozostając na poziomie człowieczeństwa, który otrzymuje się z chwilą narodzin, nie zajdzie się dalej niż do własnego ogrodu. im oryginalniejsze poglądy masz, tym ciekawsza będzie dyskusja. ludzie zachowują się jak przedstawiciele rodzaju ludzkiego. muszą starać się reprezentować sobą jak najlepszy poziom.
to jest piękne. nie pojmuję braku zainteresowania czymś tak wykwintnym, czymś, co można z taką łatwością przecież, odnaleźć w dziełach jane austen.
świstak przemówił: zima będzie długa.
[od Ciebie] i [od innych 14]
don't fear the reaper. >> sobota, 19 stycznia 2008 12:50:08
pozwoliłam, żeby zawładnęła mną złość. przepraszam więc samą siebie. nie skasuję poprzedniej notki, bo pozwoliła mi wczoraj odetchnąć. byłoby zamachem na moje dobre samopoczucie oraz optymizm, skasowane jej teraz; jakkolwiek krzywdząca słowami by się nie okazała w czyimkolwiek mniemaniu. muszę nauczyć się akceptować świat w pierwotnej formie. wszystkiego, co brzydkie, nie da się zamalować na fioletowo. niestety.
chociaż nie będę ukrywać, że podobne 'ataki zirytowania' będą mnie ogarniać. nie rozumiem, czemu inni godzą się ze swoimi wadami i traktują je wręcz jako zalety. być może z powodu odmiennej definicji słowa 'wada'? nie, właściwie wiem! boimy się przyznania do swoich niedociągnięć, nie zdając sobie sprawy, jak niszczące to działanie. ucieczka pogłębia wadę, bo usiłuje jej zaprzeczyć. któż jest na tyle odważny, by stosować ten punkt widzenia w praktyce? albowiem pytanie, czy ktoś tego potrzebuje jest czysto bezsensowne - każdy.
ajć, tak bardzo pragnęłabym, by wszyscy wiedzieli, iż ich życie to drabina do doskonałości, którą winni zdobywać. szczebel po szczeblu, mozolnie, lecz jednak. pokonywanie własnych słabości. czy to naprawdę brzmi jak czarna magia? jednakże jest to zapewne wina naszej powszechnej odmienności. nikt nie myśli tak, jak ja to robię; chociaż z radością uznaję, iż taki sposób byłby dla każdego błogosławieństwem. ma droga próżności... haha.
dodając, do tych dzisiejszych pozytywnych akcentów, nate fisher na harley'u wyglądał wspaniale ;). z niewiadomego mi powodu muzyka na górze nie chce się odtworzyć mimo, iż na samym radioblogclub działa. cóż poradzić; w każdym razie polecam utwór o tytule zawartym w nazwie tego oto wpisu.
[od Ciebie] i [od innych 11]
i am so-so. >> piątek, 18 stycznia 2008 20:47:46
jacyż ludzie są irytujący. w ich świętym mniemaniu należy im się wieża Eiffla i Bahamy na własność; tymczasem nie zasługują nawet na połowę tego, co już mają. cóż za paranoja. każdy z osobna przekonany o tragiczności swojego nieszczęsnego żywota, każdy przewrotny i głupi w praktycznych, życiowych sprawach. pomyśleć, iż z tego składa się dorastające pokolenie. a może każde takie właśnie było?
nie cierpię braku rozwagi. nienawidzę feminizmu i tych poronionych przekonań o skrzywdzonych kobietach. jeżeli nie potrafią walczyć o swoje, znaczy, że są słabe i nie nadają się do tego, o co walczą. te, krzyczące najgłośniej o swoich "prawach", są najmniej ich godne. nie znoszę wprost strajków żon górników i nauczycielek. och, to było doprawdy groteskowe, gdy usłyszałam, że "wychowują młodych ludzi i przelewają w nas życiowe mądrości". czysty fałsz i obłuda. siedzące w wygodnych fotelach "panie" o zerowym współczynniku człowieczeństwa we krwi. i któż tu winien strajkować? one? moherowe bereciki? zatwardziałe, wredne stare panny?!
uwaga, uwaga, chyba powinnam zmienić nick na panna-miss-sarkazmu. irytuje mnie dosłownie wszystko. poczynając od polskiej megalomanii; poprzez poglądy dziewczyn twierdzących, iż facetowi można wbić nóż w plecy, bo bez względu na okoliczności będzie to samoobrona za czyny wszystkich samców świata; kończąc na cuchnących tytoniem panienkach w wieku podobnym do mojego. "ach, jestem taka fajna, ach, cały świat należy do mnie, ach!". przepraszam bardzo za wyrażenie, ale szlag mnie dosłownie trafia.
nie potrafię pisać tak, jak chcę. piękne słowa wyrażające głębokie emocje oraz przeżycia to ewidentnie moje dążenie. wyżywam się w tym okienku, odreagowuję na was! ba, czemu nie rzec więcej? okropnie bardzo cieszy mnie fakt, że mam tak mało znajomych. byłoby tylko więcej ludzi, których jedynym dowodem na istnienie w moim życiu, są moje wyrzuty sumienia za błędy młodości, które popełniają oni.
nie macie ani poczucia własnej wartości, ani tym bardziej szacunku do siebie. "ból egzystencji rozrywa nam wszystkim serce, padnijmy więc na kolana i kłaniajmy się Bogu (albowiem bliska jest godzina sądu ostatecznego)". byłaby to najlepsza czarna komedia.
niczego nie posiadając, niczego nie możecie zaoferować. my wszyscy. z pretensjami wyskakujący, do wszystkich wokół, zazdrośnicy, skłóceni ze światem, buntownicy nie mający bladego pojęcia o tym, w jak fantastycznej sytuacji większość z nich jest ulokowana już od początku.
a ja? uwielbiam się mścić, mówić to wszystko tak głośno, a zarazem nie ponosząc za to żadnych konsekwencji, być niemiła dla idiotycznie zachowujących się ludzi, myślących, iż są zabawni. jestem podobna do was, czy taka sama?
pozwolę sobie poszczycić się faktem o swojej świadomości.
wiecie, co jest najśmieszniejsze? najbardziej "wrażliwe" dziewczyny, jakie znam, palą. to takie pospolite, prawda? cóż, ja uważam, iż tak. mianowicie, obrzydza je większość rzeczy związanych z krwią, strzykawkami, szpitalami. co więcej, szczepionek boją się panicznie.
hahaha. genialny ubaw, słowo daję.
ciekawe, czemu nie obrzydza ich widok własnych płuc za kilka lat?
przecież to jest żenujące! czy ludzie muszą być tak na wskroś zwyczajni? nie stać ich na cokolwiek więcej? nie są wstanie wznieść się ponad szeroko pojętą przeciętność? muszą być takimi hipokrytami? głupcami?
czy to źle, że przed człowiekiem, którego uważam za głupca, udaję, iż wcale go za takiego nie biorę? świadczy to o mnie jako o dobrej duszy, której nie zależy na skrzywdzeniu go tą wiadomością (której najpewniej i tak nie zdołałby pojąć, tak na marginesie) czy raczej o równej jemu?
chyba powinnam na koniec dodać coś w guście "nie bierzcie tego do siebie", ale będąc szczerą, nie zamierzam. bierzmy to wszystko do siebie. będzie weselej, raźniej... jakkolwiek. z ucałowaniami do tych nielicznych, których to nie dotyczy. naiwnie wierzę, iż każdy ma swoje sumienie. cai. miss-terribly. etc. wspominałam już coś o wąskim gronie znajomych?
natomiast utwór powyżej jest wspaniały. nate fisher na harley'u. magnificently.
[od Ciebie] i [od innych 0]
whoa.! >> wtorek, 1 stycznia 2008 22:28:33
cieszmy się drobnostkami. w końcu każda większa sprawa z nich właśnie bierze swą siłę. cieszmy się robiąc cokolwiek co sprawia prawdziwą, wartościową, niezaprzeczalną, czystą radość.
właśnie przeżyłam kolejną część, na którą składa się wiele mniejszych cząsteczek. oth.! nazwijmy to pogodą na miłość, aczkolwiek osobiście owego tłumaczenia szczerze nie cierpię.
być może to nieodpowiedzialne i nad wyraz infantylne, ale cóż począć, gdy sprawia radość, a nie szkodzi oraz pogłębia poczucie bycia na świecie jako indywidualności?
ociekające patosem, takie wydumane, a to przecież kolejna rzecz, na której ktoś zarabia. pozwolę zatem panom producentom trochę się na mnie wzbogacić. wolę być uboższa o nędzne 'ileś tam pieniędzy' niż mieć pustą ścianę z zerowym współczynnikiem cytatów na białych kartkach, wypisanych po prostu, zwyczajnym markerem. it makes my heart still beats. ładniej brzmi to po angielsku. nie wiem, czemu zupełnie.
i... chciałabym mieć takiego przyjaciela, jakim jest lucas.
[od Ciebie] i [od innych 5]
hoy tenemos una ocasión buena >> środa, 5 grudnia 2007 21:34:35
czuję się przez was, kochane moje... muminki!, mało dopieszczona. wskaźnik odwiedzin nie tyle, co spadł, co niemalże pląsa całkiem blisko okrągłego zera. albowiem czymże jest pięć, gdy kiedyś bywało sto pięćdziesiąt? ;> lecz zbulwersowałam się ze zgoła innych powodów. po pierwsze, miało być dianiaście lub roofiście, a tymczasem jest co najmniej glebiaście. niczym gwóźdź do trumny; albo gleby. fe, nie pojmuję zachwytu człowiekiem, który nie dość, że nie ma prezencji, to jeszcze jest niekulturalny, arogancki, przeciętny i mało estetyczny w swym stylu tańczenia. przepraszam, chociaż klękać błagając o przebaczenie tej ostrej opinii pełnej gorzkich słów nie zamierzam; ale cóż ciekawego czy choćby ładnego jest w padaniu na podłoże (zazwyczaj raczej twarde) niczym worek ziemniaków? ścierpieć nie mogę tych wszystkich klasycznych zrywów, jakie kierują ludźmi, gdy osądzać mają oryginalność. niestety zmuszona jestem powtórzyć się - do szkoły tańca towarzyskiego pójść jest w stanie dosłownie każdy i doprawdy żadnymi wyczynami nie są podskoki czy obroty. natomiast bycie swojskim nie powinno zostawać stałą kartą przetargową. rzeczą nową nie będzie, gdy stwierdzę, iż swojskość akurat zagranicą nie jest zaletą. jednak plebs twierdzi inaczej. chamstwo, drobnomieszczaństwo, ot co, Martuś kochana xoxo.
zdaje się jednak, iż nie wszystkie dziedziny mojego życia cierpią z powodu opłakanego zakończenia you can dance. istnieje chociażby taka część mnie, która aż pieje z zachwytu. wyraźnie oraz na czas nieokreślenie długi (trwam w takiej nadziei) zadowolona jestem bardzo-bardzo-bardzo z obrotu spraw w kolejnym serialu, którego - jako panienka z pamięcią fotograficzną i typowy wzrokowiec - stałam się olbrzymią zwolenniczką (nie przepadam za określeniem fanka. jest zdecydowanie okropnie pospolite.) tak się cudownie składa, iż kochany, prześliczny oraz przypominający boone'a z zagubionych, nate z plotkary w końcu zszedł się na powrót z blair. strasznie mnie to cieszy. tym bardziej, iż urażona duma chucka sprawia mi ogromną satysfakcję. och, okrutna jestem, zimnokrwista żmija ;>.
ponadto jestem niemiła dla środowiska mojej klasy. czepiam się, rzucam złośliwe uwagi, nie odpowiadam wcale, przewracając oczami, lub czynię to w sposób niezwykle opryskliwy. oczywiście ma to swoje dobre strony, albowiem całą swą życzliwość i miłość do świata (choć nie przesadzajmy z tym drugim) przelewam na kontakty z nauczycielami. dochodzę do wniosku, że warto rozmawiać z kimś, kto jest zasadniczo mądrzejszy ode mnie i swoją wiedzę w jakiś sposób jest w mi w stanie przekazać. irytują mnie przepychanki chłopaków z dziewczynami, stwierdzenie zgłaszam nieprzygotowanie (mimo, iż sama również czasem je wypowiadam) oraz mało odpowiedzialne zachowania członków zarówno męskiej, co żeńskiej połowy 34 osobowej klasy. gotuje się we mnie krew, gdy od niektórych czuję papierosowy odór. myślę sobie, jak dziwną zawartość umysłu trzeba mieć, by świadomie działać na szkodę własnego zdrowia. zrozumienie tego mechanizmu wykracza poza kompetencje mojej inteligencji. co więcej, nie jestem w stanie powstrzymać się od wyjątkowo kąśliwych uwag, gdy tylko nadarzy się okazja, by takowe wygłosić w powyższej sprawie.
reasumując, je suis contente ze swojej postawy. wręcz nie wyobrażam sobie, by ją zmieniać. jest idealna, nieprawdaż? chrzańcie się wszyscy, truciciele powietrza oraz całego świata. wiem, iż to krzywdzące, lecz mając świadomość, że wasze przekonania i nawyki są nieodpowiednie, czuję się lepsza. owszem, LEPSZA.
wolność od świata. tylko gdzież podziała się, tak ważna przecież, wolność od siebie? huh, wolę zasilać grupę egocentryków tejże planety (przez was coraz mniej zielonej), niźli robić rzeczy zwyczajnie głupie. odpowiedzialność i rozsądek to moja postawa.
love does not need words. jakie to oklepane?
haha. wesoło mi, tak ogółem. śmieję się niczym ten wariat, którego widuję czasem w kolejce w drodze na hiszpański. mruczy do siebie, a potem krztusi się własną śliną oraz dławi śmiechem. niee, wcale nie wyśmiewam ludzi. hm, czyż to nie jest zabawne?
słuchając amy winhouse, paolo nutini oraz... timbaland. heaven!
un édition le 11 décembre 2007.
zawsze twierdziłam, iż studiowanie podręcznika do polskiego jest niesamowicie efektywnym zajęciem. zamieszczam fragment tekstu, który dosłownie mnie urzekł. ponadto, upewniłam się w przekonaniu, iż uwielbiam romantyzm. zdecydowanie.
"Wschody były różne, ale sama podróż była wspólna romantykom. Nawet jeżeli niektórych napawała lękiem i obrzydzeniem. Kraj młodości był najbardziej własny, osobisty. Wschód jest najbardziej obcy, zagadkowy, inny. W podróży chodzi właśnie o to, żeby się w tę obcość udać i nią najdokładniej zarazić. Grecja wydobywała to, co uniwersalnie ludzkie. Północ - to, co tragiczne w człowieku. Wschód leżał jak sfinks i mówił zagadki. Była to może najdziwniejsza, najbardziej romantyczna podróż, bo była podróżą w samą dziwność. [...]
Podróż na Wschód to romantyczne poznaj samego siebie, które ma odtąd - dla części kultury - inny sens niż u Montaigne'a. Poznaj samego siebie, wychodząc z siebie, poznaj się, jakim nie jesteś. Poznaj się w tym, w czym się nie znasz, w najdalszej obcości, we wszystkim, co ci nieznane, odpychające nawet, inne. Poznaj się w obcych bogach, pejzażu, w niepojętych prawach, poznaj się wreszcie poza wszelkim prawem. Poznać się w egzotyce to niejako przekroczyć granice własnej osobowości, nie tylko umysłu, moralności i estetyki. Romantyczny Wschód każe się poznać człowiekowi jak gdyby w jego niesamowitości, cudowności, fantastyce."
/ Złe wychowanie. Fragmenty romantycznej biografii, 1981, Marta Piwińska.
[od Ciebie] i [od innych 8]
w jesiennych melancholiach tęcza zabłyśnie. >> niedziela, 25 listopada 2007 19:16:38
bynajmniej nie czuję się szczególnie zobligowana do pisania czegokolwiek. jednakże, data widniejąca nad ostatnim wpisem zdaje się sama rwać do odpowiedzi. rzeczywiście, bardzo wymowna. zatem, pozbywając się wyrzutów sumienia związanych z niedbaniem o swoje internetowe kąciki do tzw. egzystowania w trybie piśmienniczym, zobowiązałam się sama przed sobą, by przynajmniej się postarać. ha, nawiedza mnie teraz taka śmieszna wizja dowolnego internauta, który siedzi i czytając to, za nic sensu nie może w owej plątaninie niezgrabnej stylistycznie odnaleźć. czuję okropnie wielka potrzebę usprawiedliwienia się oraz zrzucenia winy na mą ostatnią lekturę. książka ta, przeczytana wzdłuż i wszerz z - zaprzeczać nie będę - niemałym podziwem, zostawiła we mnie spory swój ślad. czegóż innego mogłam się spodziewać, jeżeli przygotowywałam o niej prezentację na język polski, prawda? ano, ano. pan szacowny johann wolfgang von geothe przerzucił swój styl na mój. oto widzimy efekty. piszę niczym barokowy sarmata - po polsku, lecz nie do końca. z tego prostego względu, iż szyk zakrawa na najgorszą imitację archaizmu. ba, próbowałam coś z tym fantem zrobić. otworzyłam dnia wczorajszego późnym popołudniem swój własny pamiętnik, próbując w kilku prostych, krótkich, mało wydumanych zdaniach opisać sen. jednak zbyt chyba byłam zaoferowana faktem, iż w końcu jakiś zapamiętałam, by oprzeć się wewnętrznej, nieodpartej potrzebie pisania długich farmazonów z uwielbianym przeze mnie przesytem epitetów. teraz odpowiedz sobie na pytanie, moja droga kochana P., którą epokę literacką lubisz najbardziej? [przez wertera zaczęłam nawet rozmawiać z samą sobą. ha! nie ma, jak pogawędka na poziomie, gdy nikt się nie sprzecza i utwierdza w przekonaniu, iż masz świętą rację w swoim największym geniuszu]
taniec.
co jest wartościowego w martwym powielaniu konwencji, przerysowywaniu treści wykładów wygłaszanych zza drewnianej katedry na sali uniwersyteckiej? co jest niesamowitego w robieniu czegoś, co robią miliony innych, gdy chodzi o oryginalną osobowość, niespotykane, nowe, ciekawe prezentowanie siebie? do szkoły baletowej pójść jest w stanie dosłownie każdy, daję słowo, albowiem sama do owej uczęszczałam we wczesnym okresie mojego dorastania [właściwie to byłam jeszcze dzieckiem]. przepraszam bardzo, z całym szacunkiem dla wszystkich, lecz uważam, iż o wiele bardziej wyględne i przyciągające swą estetyką jest chociażby electric boogie. czymże wartościowym i wartym są w tej sytuacji zwykłe podskoki oraz kręcenie środkowymi częściami ciała? nie rozumiem i zrozumieć nie potrafię, czemu starocie i trzymanie się tradycyjnych metod zyskują tak wielką publikę. przykro mi było odczuć, iż nie docenia się indywidualności, scenicznej osobowości, prawdziwej pasji i tego wszystkiego, czego - moim zdaniem - brakuje w kręceniu tyłkiem. jesteś najlepsza! jesteś i wiesz o tym! micheal jackson, tak!
to tak w celu wyrażenia moich ostatnich 'wątów'. poza tym nienawidzę hipokrytów w białych sutannach, którzy nie posiadają nawet święceń kapłańskich. rozdają eucharystię, leżą krzyżem niemal na marmurowej, kościelnej podłodze, a w rzeczywistości warczą na swoje żony, ponieważ śmiały poprawić im kołnierzyk przy kurtce. to jest śmieszne i nieodpowiednie. nawet nie chodzi mi o fakt, iż jestem zmuszona od podobnego delikwenta przyjmować komunię, albowiem koniec końców do niej raczej nie chodzę. mimo, iż wierzę - na swój, inny, pozbawiony nietolerancji sposób.
potrzebowałam wyrzucenia z siebie negatywnych odczuć. blogi chyba jednak się przydają. prawda? [; swoją drogą, całkowicie odbiegając od tematu, apelując do konkretnej osoby, wiążę obecnie spore nadzieje związane z tym, iż rzucisz to. jesteś inteligentny, wartościowy, nowoczesny, masz styl, masz klasę, jesteś kimś i będziesz kimś jeszcze większym. człowiekiem sukcesu, bez nałogów, które jak nic innego są zbędne do n-tej potęgi. znasz swoją wartość. cieszę się, że Cię znam. francais, francais! ;>
a do Was - to nie jest wyznanie miłości [;
w szczególności dla marty i cai, których nie widziałam od paru miesięcy i które są dla mnie bardzo ważne. i takie pozostaną. ponadto dla miss-terribly i wszystkich tych, którzy osładzają mi szarości szkolnego życia swoimi opowiadaniami. dziękuję. do następnego. xoxo!
[od Ciebie] i [od innych 5]
zwolle. czyli jak zostać wielbicilem holandii. >> sobota, 20 października 2007 20:45:27
Pierwsza pobiegłam. Nie mając czasu na głośne stwierdzenie, że to przedni pomysł, bo było to aż zanadto oczywiste. Zdecydowanie bardziej wolę styczność z innymi narodowościami niż z Polakami, których przecież tyle mam na codzień. Odkrywam coś nowego, wiem, co jest wyłącznie streotypem, a co ma w sobie trochę prawdy. Wiem, znam ich, rozmawiam, mam podstawy, by stwierdzić, iż miałam styczność z naprawdę różnymi, przeróżnymi ludźmi, a to - jak mniemam - chyba lepsze niż przysłowiowe "kiszenie się" we własnym sosie.
A w drodze miałam małe zachwianie ideologiczne. Nie kipiałam z entuzjazmu, byłam wręcz zudzona myślą, że jadę i czułam się, delikatnie mówiąc, nijako. Lecz potem... cóż to było za potem! Był to chyba pierwszy tak pełny, aktywny, przeżyty w pełnym tego słowa znaczeniu tydzeń. Kocham Holandię. Kocham Zwolle. Kocham tych ludzi.
5-12 październik.
zbiórka. sponiewierane kanapki samolotowe. lotnisko. amsterdam. dwupiętrowe pociągi. plakat reality show z krzywymi twarzami brzydkich pań. walizki zagradzające przejście. zielono za oknem. łąki. sami blondyni na stacjach. mnóstwo kanałów wodnych. idealność i precyzja w każdym calu każdego milimetra. zwolle!. powitanie. annemarie. foldery. przetaczanie się z walizką. półgodzinna podróż pociągiem. giacomo. noud. ommen. coraz szerszy uśmiech na twarzy. hardenberg. wieeeeeeele rowerów. brak firanek w oknach. wiatrak. angielsko - sródziemnomorskie domy. host family. papuga zazu. rozmowy. obiad. znów rozmowy. coraz wspanialej. pociąg do zwolle. autobus. timen!. szampan. she's crazy. podróż na rowerowym bagażniku. impreza w pubie. przeogromna ilość ludzi. intresująca muzyka?. szkło na podłodze. pierwsze wrażenia. przemiły chińczyk. spacer w centrum o północy. zabawa, zabawa. zmęczenie. samochodem do domu o 2. jedno marzenie - spać. dobranoc.
<3
dzewiąta rano. pociągiem. na rowerowym bagażniku. pasy dla rowerów. niemiecka precyzja, holenderski czar. szkoła. zachwyt. prezentacje szkół. zwolle. polska. włochy. łotwa. rumunia. uśmiechając się non stop. spacer. pierwsze znajomości. opinie o host. jaki on piękny! w moim wykonaniu. nie lubię go! w opinii większości. dlaczego? szkoła. szkoła. stres przed prezentacją. dobry rezultat. dom. obiad. pociąg. ommen. noud. rozmowa z giacomem. pingwinek. autobusem. tacos. bezzębni polacy przy wejściu. mokra podłoga. rozdzielenie. smęcenie na kanapie. dziwne uczucie. gosi podryw murzyna ;>. znów to samo co wczoraj. nie wiem co się dzieje. dobrze się bawiłaś?. wielki samochód. techno nie do wytrzymania dla moich uszu. mieszane uczucia. senność. brak sił z równoczesnym problemem ze snem. nieopisana radość nie wiedzieć czemu. spać. dobranoc.
<3
w południe. prysznic. zielona herbata. słońce. pociągiem. piechotą. zdjęcia. centrum zwolle. gdzież się podziała edyta? czyżby integracja na wyższym poziomie z host? ;>. zakupy. masy kolczyków. zdrowe odżywianie w macdonaldzie. jest bosko. bosko. bosko. szczęście. spełnienie. euforia. zdjęęęęęęęcia. noc. pociągiem. dom. prysznic. spać. dobranoc.
<3
dziewiąta. ożywione śniadanie. na rowerze. watch your ass;). prezentacje. workshops. grupy. baśka! ty cholerna szczęściaro! samych najlepszych masz!. praca. sympatia. lenienie się. zdjęcia. lenienie się. zwiedzanie szkoły. trochę pracy lecz nie za dużo. pizza w dużych ilościach. ogólne zadowolenie. pogłębianie się nowego zauroczenia. gorąca herbata. kształcący film o wizji przyszłości - pojutrze. hahaHA z tyłów. noc. rowerem. pociągiem. piechotą. prysznic. spać. dobranoc.
<3
ósma minut trzydzieści. coraz większe zaangażowanie we własne obsesje/zauroczenia/miłostki. autobusem. ramsang. tama. oczekiwanie. zdjęcia. pompa. śmiechy. żarty. wspaniała atmosfera. autobusem. piękny krajobraz. sklep z pamiątkami. toaleta która była lecz nie w zbyt oczywistym miejscu by można ją było znaleść. wesele. interesujący inaczej wykład starszego pana przewodnika. chrapiąca ania ciemna. polki objadają się holenderskimi słodyczami. rozmowy. rozmowy. raz jeszcze SUPER rozmowy. zwolle. rowerem. pociągiem. dom. internet. kręgle. gosia mistrzem. no kiedy żesz on...a przyjdzie?. entuzjazm. bilard. niekończąca się integracja. szalone pomysły dziewczynek spragnionych wrażeń. rady. moje własne pogłębiające się uwielbienie. nocą. rowerem. pociągiem. do domu. prysznic po nieprzytomnemu. spać. dobranoc.
<3
dziewiąta jak codzień. szkoła. workshopy. pedantyzm. sesje zdjęciowe. prezentacje. nudny pan na nudny temat wypowiadający się. spóźnienie godne gwiazd filmowych. prezentacje po raz ostatni. pub. interesująca muzyka bo jaka inna ;>. zmęczenie ale ogromna satysfakcja. rowerem. pociągiem. mogę posłuchać z tobą?. dom. spać. dobranoc.
<3
ósma. autokarem. integracja nie znająca granic. nienawiść do pewnej pozbawionej klasy rumunki. śmierć jej!. amsterdam. american cafe. jakby tu usiąść aby usiąść w dobrym strategicznie miejscu?. suweniry zaaaapomnienia ;>. spacerem przez miasto. zdjęęęęęcia w wręcz nieprzyzwoitych ilościach. ulica czerwonych latrnii (znajdująca się koło kościoła xD). macdonald. pamiątki. zbiórka. zdjęcia. zmęczenie. podróż. zwolle. każda szkoła to piekło!. obiad w chińskiej restauracji. pilna obserwacja. rowerem. impreza pożegnalna. grrr, kiedy on...a przyjedzie?. basia jest nieusatysfakcjonowana. a nie mówiłam!. gosia. luuk. zdjęcia. boska zabawa. rozmarzenie. inny pub. zakład. całująca rumunka, do cholery jasnej!. powody. spacer z anią ciemną. zauroczenie. tłumaczenia. frytki o 4 nad ranem. spóźnione zaproszenie. samochodem. do domu. pakowanie. prysznic. spać. dobranoc.
<3
ósma rano. pakowanie. dobijająca świadomość wyjazdu. deja vu. samochodem cudownie długą ilość czasu. spotkanie na peronie. zapłakane twarze. tkliwe pożeganania. uporczywe machania. uśmiechy przez łzy do końca. niekryty płacz. pociągiem. amsterdam. burger king. budzik i czekolada na zmniejszenie tęsknoty. odprawa. podły humor. tęsknota. obrzydliwa kanapka. wyczerpane baterie. zaginiony futerał. spać. lądowanie. odnaleziony futerał. walizki przyjechały z nami, jak miło. tata. niekończące się opowieści ociekające entuzjazmem. dom. uczucie pustki. spać. dobranoc.
<3
wouter <3. timen. luuk. rouland. annemarie. anneke. noud. giacomo. francesca. paolo. francesca. judith. teo. toms. nienke. sofie. anne. tim. alexandru. brzydka silvia. anca. ciprian. ania ciemna. baśka. beti. edyta. ewa. gosia. małgorzata. pan belniak. arnolds. elmira. elza. kristine. lauma. madara. matiss. bernadetta. giulia. valentina. astrid. laura. karlijn. sophie. rosalie. seline. nienke. eline. rosalie. joes. lianne. jelle. dorien. jarico. tara. dick. borris. margriet. sietske. afke. frans. bart. bert. rob.
jedziemy w wakacje. zostałam zaproszona z innymi polkami. oni też przyjadą. boże, jak cudnie!
tęsknię i nie mogę się doczekać szczyrku ;>.
było fenomenalnie.
kocham xx.
(i ważny cytat, który zawsze będzie wywoływał mój uśmiech - bo ja lubię ryzyko.)
[od Ciebie] i [od innych 16]
atomy myślące. >> piątek, 28 września 2007 20:07:04
W kwietniu 1940 roku raz na zawsze miano się rozprawić z tzw. „polskim problemem”, jak to o nas zwykł mawiać Stalin. Jego dalekosiężne plany były związane z wprowadzeniem absolutnego komunizmu na nasze ziemie. Podpisano jasny dokument, którego treść kazała rozprawić się z tysiącami polskiej inteligencji w sposób niezwykle klarowny: pozbawić życia, bez sądu, bez żadnych praw. Tak się też stało. Zginęło około 12 tysięcy ludzi – wojskowych różnego stopnia, inżynierów, malarzy, profesorów, doktorów, prawników. Władze ZSRR oraz PRL-u ukrywały prawdziwych sprawców owego ludobójstwa przez dziesięciolecia mimo, iż w świadomości narodowej każdy obywatel polski doskonale zdawał sobie z sprawę z tego, kto ponosi odpowiedzialność. Jednak oficjalnie prawdziwe było kłamstwo. Za podważanie autorytetu władzy ponosiło się wysokie konsekwencje. „Katyń” jest historią między innymi o tym, w jaki sposób desperacja działa na człowieka, któremu odebrano wolność i rodzinę; o tym, iż ewentualne konsekwencje są całkowicie niczym w porównaniu z bólem związanym z utratą wszystkiego, co się kochało. „Katyń” to prawdziwa opowieść o odwadze oraz cierpieniu obydwu stron – zamordowanych i tych, którzy byli zamordowanych bliskimi…
Dopiero po roku 1989 prezydent Jelcyn udostępnił dokument oficjalnie potwierdzający okrutną prawdę – zbrodnia katyńska była dziełem Sowietów.
Dla Andrzeja Wajdy temat zbrodni katyńskiej zawsze był niezwykle ważny. W jej wyniku bowiem zginął jego ojciec. Mimo faktów, matka reżysera do końca życia wierzyła, że pewnego dnia mąż wróci z niewoli… Niestety nie doczekała się chwili, gdy na sprawę katyńską w końcu padło światło. Swój film Andrzej Wajda dedykuje właśnie rodzicom – wierzącej do końca matce oraz zamordowanemu bez pardonu ojcu.
Wajda długo poszukiwał sposobu na stworzenie filmu, który będzie pełnym odzwierciedleniem jego wizji. Początkowo autorem scenariusza miał być Włodzimierz Odojewski, lecz pomysłów obu panów nie udało się ostatecznie pogodzić. Jego marzeniem było nakręcenie dzieła przedstawiającego zbrodnię katyńską widzianą z wielu perspektyw. Nie chciał oddawać hołdu wyłącznie zmarłym (odniesienie do ojca reżysera), ale również ich rodzinom (matka reżysera), które nie mogły pogodzić się z morderstwem na swych najbliższych.
Dopiero Andrzej Mularczyk w opowieści „Post mordem” ukazał tragedię katyńską widzianą z szerokiego punktu widzenia. Andrzej Wajda w oparciu o jego powieść, zdecydował się napisać scenariusz, współpracując z Władysławem Pasikowskim i Przemysławem Nowakowskim. Stworzył nowych bohaterów, którzy chociaż nierzadko średnio powiązani z samą zbrodnią katyńską, zbudowali wyobrażenie tragedii tamtych ciężkich lat.
Akcja filmu rozpoczyna się we wrześniu 1939 roku. Świat wali się w gruzy. Reżyser doskonale operuje tu symbolem. Przykładem może być chociażby pierwsza scena, przedstawiająca ludzi uciekających przed Niemcami przez most, gdy po drugiej stronie wojskowi są już w niewoli sowieckiej. Most – będący symbolem połączenia, przejścia z ciemności do światła, staje się teraz łącznikiem między złem i... złem. Polską flagę przerwało na pół dwóch żołnierzy Armii Czerwonej, a Chrystus na krzyżu z kościoła (pierwsze sceny) zostaje postrzelony („Boga zabili!”). Matki i żony wraz z dziećmi będą od tej pory walczyły o prawdę związaną z ich mężami oraz ojcami. Przykładem tego, jest zachowanie wdowy (Danuta Stenka) po generale (Jan Englert), która widząc wyświetlany na krakowskim rynku radziecki dokument o Katyniu puka do kabiny dwóch żołnierzy wojska ludowego i mówi im prosto w twarz, iż pokazują kłamstwo.
Podobny wydźwięk ma gest siostry porucznika pilota (Magdalena Cielecka, Paweł Małaszyński). Postanawia ona, zdając sobie sprawę, iż czeka ją aresztowanie, a być może również śmierć, wystawić tablicę pośmiertną swemu bratu z datą kwietnia 1940 roku. Tymczasem sowiecki film katyński (czysta propaganda) utrzymywał, iż zbrodni dokonali Niemcy w 1941 roku. Okazuje się, że zgoda na kłamstwo tylko potęgowała ból, na który one – kobiety świadome i zdecydowane – nie mogły się zgodzić będąc lojalnymi wobec swych bliskich i wobec swojego pochodzenia.
Jednak nie każdego było stać na podobną postawę. Porucznik Jerzy (Andrzej Chyra) to jeden z niewielu, którzy cudem ocalali z obozu w Kozielsku i nie zostali rozstrzelani w Katyniu. Wkupił się w łaski Sowietów, został majorem w ludowym wojsku, walczącym u boku Armii Czerwonej. Czyli po prostu - bo jakże inaczej nazwać jego czyn? - sprzymierzył się z mordercami swych przyjaciół w zamian za zachowanie życia. Lecz cóż to było za życie? Poczucie winy nie dawało mu spokoju. Wymierzył sobie karę i zginął tak samo, jak przyjaciele, tylko nieco później.
Ciekawa, choć krótka jest postać Tadeusza (Antoni Pawlicki), bratanka Anny – żony Rotmistrza Andrzeja (Artur Żmijewski i Maja Ostaszewska). Przez parę lat ukrywał się w leśnej partyzantce. W 1945 roku wraca do Krakowa z chęcią zapisania się na ASP. Od razu odczuwa się niespokojną aurę, która go otacza – niezgodę na sowieckie kłamstwo. W wyniku swoich poglądów poznaje dziewczynę i zakochuje się w niej. Ginie jednak podczas ucieczki przed żołnierzami LWP, wpadając pod żołnierski łazik. Jego śmierć wydaje się być czystym absurdem – przeżył wojnę, ale zginął uciekając ulicami krakowskiego miasta.
Wajda, podobnie jak Polański w „Pianiście” (motyw miłosiernego Niemca), pragnął pokazać, iż nie wszyscy okupanci byli naszymi oprawcami. Stworzył postać radzieckiego oficera, który z narażeniem własnego życia ratuje przed „wywózką” Annę z córką Weroniką. Jest to również jedyny Rosjanin, którego imię poznajemy. Mordercy pozostają bezimienni. Nie poznajemy wroga, nie znamy jego danych, lecz czujemy jego obecność i widzimy czyny, których się dopuszcza. Ma to uświadamiać, iż oskarżenie, które formułuje film nie jest wymierzone w konkretnych ludzi, ale w całość systemu stalinowskiego.
O ostatnich dwudziestu minutach filmu wiedziałam jeszcze na długo przed samym seansem. Inteligencja z obozu w Kozielsku jedzie na stację Smoleńsk czarnymi, opancerzonymi wagonami. Porucznik pilot krzyżem od różańca ryje w drewnianej ścianie kwietniową datę i rok. Rotmistrz Andrzej pisze dziennik, opisując kolejne wydarzenia i to wszystko, co po kolei miało miejsce. Ów dziennik otrzymuje później jego żona, czego dowiadujemy się w środku filmu, w ramach retrospekcji. Zarówno rotmistrz, jak i porucznik pilot oraz inni, pełni są obaw. „Co z nami będzie?”, a los i tak jest już przesądzony.
Następny przewóz odbywa się więziennymi ambulansami w głąb opuszczonego, leśnego terenu. Pozbawiony rzeczy osobistych, generał jako pierwszy wchodzi do piwnicy. Widzi strużkę krwi na ścianie. Zaczyna się wyrywać, a oczy wypełniają się przerażeniem – nikt i nic nie jest w stanie mu pomóc. Ginie, kula z pistoletu przystawionego w tył głowy, przeszywa całą czaszkę. Pada martwy na podłogę pełną krwi. Jego zwłoki zostają wyciągnięte przez utwór w ścianie i wrzucone na furgonetkę z im podobnymi. Każdego spotyka taki sam los. Rotmistrz Andrzej, porucznik pilot oraz wielu, wielu - tysiące innych. Gdy w pewnym momencie kończy się amunicja, porucznik pilot przymyka oczy w nadziei. Modli się, lecz nie znajduje w Bogu ukojenia. I na niego przychodzi kolej. Wrzucony do masowego grobu, będącego raczej zwykłym dołem nie okazującym krzty szacunku dla zamordowanych ludzi, zostaje przysypany ziemią, jak podobni mu, równie bezbronni, pozbawieni jakichkolwiek praw należących się człowiekowi jako istocie żywej i zindywidualizowanej. Ziemią przysypani, zniknęli z pola widzenia, wymazani ze świata!
Przeżyłam szok. Zobaczyłam tę zbrodnię jako historyczną prawdę czyli jak nigdy przedtem dotarło do mojej świadomości, iż Ci ludzie naprawdę stracili tam życie, pozbawieni przedtem godności oraz nadziei. Zobrazowanie to jeden z najsilniejszych środków przekazu i w tym aspekcie panu Wajdzie należą się ogromne brawa. Od początku film przygotowuje nas na tę ostateczną scenę ludobójstwa. Sama zbrodnia nie trwała przecież długo. Wystarczał jeden strzał, a strzałów były tysiące. Ich liczba i skutki powodują największe cierpienie.
Spotkałam się z krytycznymi opiniami dotyczącymi wartkości akcji filmu, ale nie zgadzam się z nimi. Wizja Wajdy była doskonała i plan został wykonany po mistrzowsku. Różnorakie perspektywy każą nam myśleć i przeżywać, utożsamiać się z bohaterkami, które żyją, ale bez poczucia pełni życia. Zbrodnia katyńska nie była wyłącznie aktem zabójstwa, ale pociągnęła za sobą szereg konsekwencji, które spowodowały padnięcie Polski na kolana „podcięte” wcześniej przez okupantów. Nie można zatem wymazać czegoś, o czym się pamięta, albowiem odbiło się to na życiu bliskich tych osób, które straciły w Katyniu, Ostaszkowie i Miedroje wszystko z życiem na końcu.
Chciałabym również podziękować za wspaniałą wizualnie (o ile „Katyń” godzi się nazywać pięknym) stronę filmu (zdjęcia – Paweł Edelman i Marek Rajca). Właśnie z tego względu, najbardziej zapamiętałam scenę Wigilii w cerkwi – ostatniego podrygu nadziei, który drzemał w sercach skazanych na niewolę, a następnie na śmierć. Zastosowano tam, moim zdaniem, idealne prowadzenie kamery i zapierającą dech w piersiach perspektywę, która podsyciła tylko wydźwięk „pokrzepiającej serca” mowy generała.
Nie jestem w stanie zarzucić niczego. Być może dlatego, iż jestem poruszona samą wymową dzieła Wajdy i nie dostrzegam pewnych niedociągnięć, co wydaje się oczywiste w stanie zauroczenia. Podobała mi się gra aktorska, która po smutnych doświadczeniach z przeszłości, związanych z pewnym polskim filmem, którego tytułu wolę nie wymieniać, była czymś, co od razu uczyniło „Katyń” dziełem w pełnym tego słowa znaczeniu. Pierwsze wrażenie było, przyznaję, nieco zabawne, albowiem Artur Żmijewski, Magdalena Cielecka czy Paweł Małaszyński mi przynajmniej automatycznie kojarzą się z bohaterami serialowymi, których losy są nieporównywalnie mniej poważne niż te „katyńskie”. Potem wrażenie to zatarło się, wraz z biegiem upływającego filmu.
Podejrzewałam, że „Katyń” wywrze na mnie duże wrażenie i nie przeliczyłam się, a zostałam również mile zaskoczona. Przekaz przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Dziękuję za uwagę.
Moja recenzja na język polski. Chciałam się podzielić swoimi przemyśleniami. Zaskakująco długie, prawda? Ostatnimi czasy ograniczałam się raczej do haseł niż formowania pełnych myśli...
Wypłynęło ze mnie tyle współczucia i żalu, o który nawet bym siebie nie podejrzewała. Siedziałam w kinie z podkurczonymi pod brodę nogami. Bałam się. Czułam wilgoć w kącikach oczu.
Aby to napisać, naćpałam się cudowną piosenką, zamieszczoną zresztą powyżej. Słuchałam jej bez przerwy przez dwie i pół godziny pracy nad tym tekstem. Z początku byłam zachwycona efektem, potem entuzjazm opadł. Teraz sama już nie wiem... nie mogłam pozbyć się tego patosu, wydał mi się absolutnie niezbędny.
Esto es simplemente esto, qué siento. - albowiem nie potrafię powiedzieć tego po francusku, jeszcze!
Pamiętając o p&w&m, zakurzonych kartkach spod szafki nocnej zapisanych drobnym maczkiem oraz minionym tygodniu, aż przepełnionym skokami nastrojów. Za bardzo przeżywam zawartość taśmy filmowej czy po prostu mam depresję?
Nie dajmy się zwariować, z pewnością wersja numero uno.
Ogarnięta melancholią, z euforii w otępienie.
[od Ciebie] i [od innych 19]
.viva la brighton. viva la tektonik. >> niedziela, 2 września 2007 18:23:43
[i decided to create a new note from this twaddle. brighton deserved for this honour.]
no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. no. NO!
miss so much. wanna come back!
whole brighton. french. dance. dance. dance. TEKTONIK dance. the best dancers! prze prze sze. je suis... [after censor]. italian. czech. p&w&m!. cmok-cmok. 1&1a. churchill square. palmeira square. george street. tesco espress. beach. walks. north street. duke street. paperchase. shopping centre. bus stops. eat me. lylia. discos. margoux. lois. pink boy. midnight. kornelioza. donuts. muffins. martwa gołębica. shannon. sikonovac. merdacko [?]. sadler way. fire in the kitchen. toasts!. wrap chicken. pounds. i love london. badgeses. burger king. phone booths. i was sleeping with french on ONE bed - grzegorz. all, all, all, all & once more ALL connected with the best BRIGHTON [beacause 2007!] forever!
that's way I WANNA COME BACK.
♥.
[od Ciebie] i [od innych 26]